CORAZ MNIEJ TRUPÓW
Przed nami już 29. tom – z 34 - „Żywych trupów”. Powoli więc zbliżamy się do finału historii kreowanej przez Roberta Kirkmana. Ale zanim na dobre pożegnamy Ricka Grimesa i tych, którzy ocaleli z zombie-apokalipsy, dostaniemy jeszcze jest jeszcze trochę dobra.
W tomie „Granice, które przekraczamy” czuć jednak już, że jesteśmy bliżej rozwiązania zagadki, niż dalej. Na razie Kirkman (z rysującym serię Charliem Adlardem; tu mamy graficzne constans) rozsyła rozbitków – niczym zdobywców Nowego Świata – po tym, co zostało z Ameryki. Jest w tym duch filmów i opowieści o Dzikim Zachodzie, gdy ruszano w nieznane i zaczynano życie na nowo, z dala od stron rodzinnych.
Kirkman wprowadza przy tym nowe postacie – jak samozwańcza „Księżniczka Pittsburgha” z okładki, czyli Juanita Sanchez, która przetrwała gdzieś w ruinach. Ruinach, które nie są już dziś tak straszne, jak w pierwszych tomach, gdy w każdym ich zakamarku czaiły się żywe trupy. Jednocześnie dalej portretuje Ricka Grimmesa, który próbuje otrząsnąć się z traumy i zacząć żyć na nowo.
Równolegle trwa odbudowywanie tego, co najpilniejsze. Pojawia się radość, że udało się przetrwać trudny czas. Pojawia się nadzieja i planowanie przyszłości. Pojawia się wreszcie coraz więcej grupek ocalałych. Trupy też są. Ale zasada w tym tomie jest jasna. Coraz mniej trupów, coraz więcej życia.
W tym wszystkim mnie najbardziej zaskakuje fakt, że przy takiej liczbie rozdziałów (tom 29 to zeszyty od 169 do 174) „Żywe trupy” ciągle trzymają poziom. Fabularny i emocjonalny.
I szkoda, że teraz będzie już tylko z górki. No chyba, że Kirkman w znanym sobie stylu jeszcze zagra nam na nosie.
|
|
autor recenzji:
Mamoń
11.02.2026, 23:11 |