JEDNO UGRYZIENIE I KONIEC Z TOBĄ
To ma być komiks o sytuacjach ekstremalnych. O tym, jak ludzie sobie w nich radzą i jak te sytuacje ich zmieniają. I ma to być długa epopeja. Tak o założeniach do „Żywych trupów” pisze we wstępniaku do pierwszego tomu Robert Kirkman, scenarzysta serii.
Słowem – zombie nie są tylko sztuką dla sztuki… Choć tytułowe żywe trupy panoszące się po Stanach Zjednoczonych są punktem wyjścia do serii. Ustawiają fabułę, ustawiają wszystko, co dzieje się w relacjach między ludźmi, którzy przetrwali jakimś cudem… No właśnie. Co? Skąd w ogóle żywe trupy nagle zjawiły się wszędzie? Skąd są w szpitalu, w którym – po miesięcznej śpiączce - budzi się postrzelony gliniarz Rick Grimes? Gliniarz, który w postapokaliptycznych Stanach Zjednoczonych próbuje odnaleźć swych bliskich. Może jedynie przypuszczać, że żona Lori zabrała ich syna Carla i próbowała szukać spokoju u rodziny Atlancie. Tam też wyrusza z nadzieją. Tylko co ma zrobić, jeśli okazuje się, że większe miasta są równoznaczne z większą liczbą zombie? Są równoznaczne z domami i ulicami pełnymi żywych trupów?
Do Grimesa szczęście jednak uśmiecha się. Odnajduje rodzinę w podmiejskim obozie dla farciarzy. Dla tych, którzy zdołali wyrwać się z Atlanty i stworzyć niewielką społeczność – są w niej np. recepcjonistka, sprzedawca butów, mechanik, dostawca pizzy. Społeczność, która próbuje przeżyć w nowych realiach… Tak, by zachować w sobie człowieczeństwo. Wymaga to powrotu do struktur plemiennych - mężczyźni dbają o bezpieczeństwo i dostarczają żywność, kobiety ogarniają obozową codzienność. Do tego dochodzi nauka strzelania. Na wypadek, gdyby zombie znów się pojawiły i próbowały mieszać szyki. Robi się wtedy mocno westernowo. Mamy więc kilka gatunków, które Kirkman sprawnie łączy. To postapo, to western, to też solidny horror. Przede wszystkim jednak mamy komiks, który pokazuje relacje międzyludzkie i – jak napisał we wstępie sam scenarzysta – zmiany w zachowaniu osób wystawionych na próbę…
A graficznie? „Żywe trupy” są komiksem czarno-białym. Z horrorem, z postapo – w to mi graj. A już z upiornymi żywymi trupami, zombiakami panoszącymi się po Stanach Zjednoczonych to w ogóle. Odpowiedzialny za grafikę cudownie Tony Moore – jakkolwiek głupio to brzmi – rysuje te wszystkie zombiaki. Reszta zaś - gdybym miał porównywać – kojarzy mi się ze stylem Steve'a Dillona, znanego z „Kaznodziei”. W obu przypadkach mocne scenariusze ciągną serię, rysunki odkładając nieco na drugi plan. Ważniejsza jest narracja obrazem.
„Dni utracone” to początek serii. Serii, której wznawianie właśnie się rozpoczyna. Na kupce „do przeczytania” czekają już tom drugi - „Wiele mil za nami” i trzeci – „Bezpieczeństwo za kratami”. Jedynka wysoko zawiesiła im poprzeczkę. Oj, bardzo.
|
|
autor recenzji:
Mamoń
12.09.2025, 15:16 |