OPOWIEŚĆ Z BLOKOWISKA
Na berlińskim Lichtenbergu osadza fabułę komiksu „Nirwana jest tu” Mikael Ross. Tworzy opowieść łączącą kilka wątków. No bo jest to i kryminał, i opowieść społeczna, a jednocześnie historia o zawiedzionych nadziejach.
Wszystko zaczyna się jeszcze w Polsce, na targu Hohenwutzen w Osinowie Dolnym. Tu rodzeństwo Tâm i Dennis Nguyen widzą pierwszy raz zamkniętą w samochodzie dziewczynę. Zostawiają jej karteczkę ze swoim adresem. Pech bowiem chciał, że Tâm – jeżdżąc na rolach zarysowała auto. Jakiś czas później zjawia się ona na Lichtenbergu. Okazuje się, że to Hoa Bonh – dziewczyna z Wietnamu, którą mafia od przemytu ludzi i prostytucji próbuje przerzucić na Zachód. Ale pojawienie się jej zbiega z odkryciem… odciętego palca. Oraz wizytą niejakiego Borysa. Kolesia z vana. No bo przecież mafia – a już zwłaszcza ruska mafia - nie odpuszcza. Tak zawiązana zostaje fabuła komiksu, który z jednej strony – jak to kryminał – pędzi do przody. Z drugiej porusza czułe struny.
Mikael Ross znany jest już w Polsce z komiksu „Upadek” KLIK. Już nim udowodnił, że celnie potrafi obserwować, pokazywać postacie z pozoru nieistotne. Zupełnie przyziemne. Ale przy ich „pomocy” potrafi też budować wspaniałe fabuły. W przypadku komiksu „Nirwana jest tu” w będące NRD-oskimi reliktami blokowisko i ogródki działkowe „wstawił” fabułę poświęconą dramatowi wietnamskich (choć wiadomo, że przemyt i prostytucja na Zachodzie nie dotyczy tylko dziewczyn z Wietnamu), które szukają „szczęścia” zwanego pieniędzmi oddając się w ręce mafiosów.
Jednocześnie blokowisko, ogródki działkowe „oddają” Rossowi to, co mają najlepsze. Klimat i ludzi. Kryminalny wątek „rozkręca” fabułę. Nadaje jej kolorytu. Pokazuje tę mroczniejszą, mafijna stronę Berlina. Pozwala pchać akcję do przodu i wplatać w nią kolejne postacie. Wspomniane rodzeństwo Nguyen, ale też chłopaczka z astmą Alexa, który szuka swego ojca, dziewczyny na rolkach czy zakochaną w Dennisie ostrą Marinę. Postacie z rozterkami, z krwi i kości, „wyjęte” z berlińskiego multi-kulti blokowiska. Postacie, które byłyby anonimowe, niedostrzegalne, gdyby na ich drodze nie pojawiła się Hoa Bonh. I Ross
Świetna fabuła to jedno. W parze z nią idą rysunki. Dynamiczne, czarno-białe kadry mają w sobie klimat komiksów Dalekiego Wschodu. „Lecą” mangową energią. Są gęste, pełne szczegółów i cudownego, mangowego rastrowania. Powiem, że po sfarowo-decrecy’owym „Upadku” to potężna zmiana, jeśli chodzi o warstwę graficzną.
„Nirwana jest tu” zaczyna się z hukiem. Od kryminalnych „fajerwerków”. Kończy ciszą i „łzami”. Pustką. Ale i nadziejami. Jak to na blokowisku… Ależ to dobre!
|
|
autor recenzji:
Mamoń
03.11.2025, 13:47 |