WRACAMY DO ROZBITKÓW Z „DŻAKARTY”
W 2023 roku na księgarskie półki trafił album „1629 albo przerażająca historia rozbitków z Dżakarty”. Dokładniej pierwszy tom opowieści, z którą stoją Xavier Dorison (scenariusz) i Timothee Montaigne (rysunki). W oko wpadał powiększony format i złocenia na okładce, które sugerowały, że czeka nas solidna historia. I rzeczywiście. Historia była solidna. Choć osobiście oczekiwałem czegoś na miarę „Indyjskiej włóczęgi”. Teraz dostajemy domknięcie opowieści o tych, którzy 30 listopada 1628 roku – na łajbie „Dżakarta” wypływają pod auspicjami Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej w kierunku Jawy.
Pierwszy tom „zawieszał się” na rozbiciu statku o rafy przy wyspie Abrolhos. Tom drugi pokazuje co działo się po tym, gdy ci, którzy byli na pokładzie schodzą na ląd, uznając to za cud. Kiedy po jednej stronie stoi Jeronimus Cornelius, a po drugiej arystokratka, piękna Lukrecja Hans. Kiedy zaczyna się walka o uznanie, o wpływy i o to, kto wyjdzie z tej chorej sytuacji z twarzą…
Timothee Montaigne dalej czuje się jak ryba w wodzie. Dalej z przyjemnością ogląda się jego marynarzy chociaż – w tym przypadku – w wersji "na szczury lądowe". Powtórzę po tekście o tomie pierwszym. To rysunki Montaigne’a są mocniejszą stroną tego dyptyku. Chociaż może to moje skrzywienie, że niekoniecznie „siedzi”mi klimat marynistyczno-historyczny? Wszak Dorison nieźle „knuje”, nieźle odziera bohaterów ze złudzeń. I – znów powtórzę – trudno mu się do czegoś przyczepiać…
Co nie zmienia faktu, że u mnie jak ma zachwycać, jak – tym razem – Dorison nie zachwyca? A przecież potrafi zachwycać np. w "Zamku zwierzęcym". Choć to już zupełnie inna bajka...
|
|
autor recenzji:
Mamoń
28.10.2025, 23:10 |