W polskim filmie – wiadomo. Nuda, nic się nie dzieje. Aktorzy do niczego. Dialogi do du*y. Plenery beznadziejne: kura, kaczka, droga na Ostrołękę… Co innego w polskim komiksie. Weźmy takie „Dziadostwo”.
Tylko tu bohaterowie mogą popierdzielić Janusza Panasewicza - który robi sobie zakupy w „OBI” – z Janem Borysewiczem. Tylko tu kolejny dzień pracy w fabryce surówek – akurat „leci” colesław – może zakończyć się dyskusją o czipach i planach wprowadzenia zakazu karmienia niemowlaków piersią. Tylko tu stary Nawrocki (Przypadek? Nie sądzę) może odlać się do piaskownicy na placu zabaw. I tylko tu bohaterowie przeskoczywszy płot i wdrapawszy się na górę wypiją sobie po browarze na dachu upadłych Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego.
Słowem. Dzieje się. Szczególnie w scenie wspinaczki na dach. To po prostu mistrzowskie, kilkuplanszowe ujęcie oddające emocje, gdy kolesie wspinawszy się na ten cholerny dach. Jak jakiś Kukuczka z Berbeką… Albo kiedy wyruszywszy na ryby można się wyluzowawszy. A jest tego więcej. Ta… Dziadostwa w „Dziadostwie” nie brakuje.
Świetnie – kolejny już raz – wyłapuje je w naszych realiach Jakub Topor. A następnie przefiltrowuje przez własne myślenie o świecie. Uwypukla co trzeba i... Rysuje. W doskonale znany już sposób. Niedbały, ekspresyjny, na zasadzie uchwycenia tej pierwszej wizji, gdy zaczyna przenosić fabułę na rysunki. I z „Dziadostwa” na „Dziadostwo” robi to coraz bardziej dziadowsko. Co w przypadku Topora oznacza coraz bardziej po mistrzowsku.
i tylko strach pomyśleć jak dziadowskie będzie „Dziadostwo” kolejne. To z numerem 6 na okładce bowiem tematu nie zamknęło. I dobrze. Niech żyje dziadostwo!. I „Dziadostwo”!
|
|
autor recenzji:
Mamoń
04.06.2025, 23:20 |