MATTEO NA FRONTACH XX WIEKU
Na pozór to komiks o wojnach i walkach. W praktyce jednak to piękna epopeja o potrzebie wolności. O potrzebie wolności a jednocześnie miłości. Mattéo, który firmuje tę historię o wolność walczy na różnych frontach. Podobnie jest z miłością. Choć tę prawdziwą czuje głównie na starych śmieciach…
Mattéo o sobie,że był synem anarchisty. Anarchisty z kraju, który paskudzi życie anarchistom, którzy mają takie pomysły, jak zamordowanie króla Alfonsa XIII. Anarchisty, który wskoczył do łodzi rybackiej, ale przegrał walkę z morzem. Mattéo podejmuje inną walkę… A dokładniej walki. Wciela się w szeregi armii francuskiej i staje do walk I wojny światowej. Później wsiada na statek do Petersburga, by wesprzeć idee rewolucji. Następnie ląduje w stawiającej czoła falangistom brygadzie hiszpańskich anarchistów. Wreszcie wyrusza na front II wojny światowej, by ratować bliską mu osobę. A po drodze jeszcze funduje sobie – i swoim kompanom – wakacje nad francuskim morzem. Wszystko to Jean-Pierre Gibrat zamyka w sześciu rozdziałach. Każdy z nich poświęca innemu epizodowi zmagań Mattéo z wrogiem i z samym sobą. Pokazując absurd tych pierwszych i wielkość tych drugich.
No bo „Mattéo” to – po pierwsze - komiks o walce. Podszyty jest anarchią, myśleniem o wolności i niezależności. O walce z tymi, którzy próbują nami rządzić i narzucać swoje poglądy. Tak było od zawsze. Od zawsze jednak szybko też ci, którzy władzę przejmowali, zapominali o ideałach i przechodzili na drugą stronę… Z drugiej – to komiks o pewnej naiwności, że można zmienić świat. Ale naiwności pięknej, młodzieńczej. Takiej, która później towarzyszyła choćby „dzieciom-kwiatom”. Naiwności pięknej, która na pewnym etapie ustawia na dalsze życie. Na dorosłą już anarchię, na wewnętrzny bunt i na niezgodę z zastałym systemem właśnie. Z trzeciej – to swoista kronika najważniejszych wydarzeń w Europie z 1. połowy XX wieku. Nie tylko z punktu widzenia jakim jest francusko-hiszpańskie pogranicze, ale – szerzej – z punktu widzenia całej Europy.
I pod tym względem – rozmachu, z jakim autor podszedł do tematu – seria oczarowuje. Ale „Mattéo” oczarować może też pod kątem grafiki. Na planszach mamy coś, co określiłbym połączeniem stylistyk Enkiego Bilala (tego sprzed ostatnich radykalnych monochromów) z Bennardem Yslaire (tego od „Sambre” i „Wieku Evy”). Mamy ekspresję, mamy malarskość z jednoczesnym cudnym nakreśleniem miejsc, w których rozgrywają się poszczególne rozdziały. Z dokładnością ulic, miasteczek, panujących trendów modowych. Przede wszystkim mamy jednak doskonałą, graficzną narrację kiedy nawet banalne – z pozoru – wyjście na plażę jest podszyte walką, o której Jean-Pierre Gibrat nie zapomina nawet na moment.
Podsumowując. Piękna, anarchistyczna opowieść o walce i miłości. Taki ponadfrankofoński frankofon. Z możliwością dopisania ciągu dalszego.
Warto.
|
|
autor recenzji:
Mamoń
26.04.2025, 23:18 |