Dziś album niezwykły. Mamy bowiem w nim tę samą historię opowiedzianą na dwa sposoby. Z jednej strony – dosłownie - mamy komiks dobrze już nam znanego francuskiego artysty Cyrila Pedrosy. Z drugiej strony - też dosłownie - historię, za którą odpowiada Taiyō Matsumoto. Z jednej strony mamy europejski punkt widzenia. Z drugiej – orientalny, z dalekiej Japonii. Przed nami „Nanbanjin”. Komiks osadzony w XVI wieku w Portugalii i Japonii.
„Nanbanjin” – czyli barbarzyńca z południa czy Europejczyk zza mórz. W tym przypadku jest nim Fernando. Portugalczyk. Rozbitek, który trafia na japońską wyspę i „wchodzi” w lokalną społeczność. Opiekuje się nim Shōbei – rybak, który podczas jednego z połowów stracił syna. Nad Fernando roztacza więc iście ojcowską opiekę, ucząc go języka, nowych umiejętności, które będą przydatne w nowym miejscu.
Miejscu, w którym wszystko zaczyna się układać. Fernando – zwany przez lokalsów Ferunando – odnajduje tu spokój. Zajmuje go codzienność – prace domowe, zbieranie małży, łowienie ryb, zabawy z dzieciakami i praca w lokalnej knajpie. Tu poznaje obyczaje, reguły, społeczność. Tu też jest obserwowany przez wysłanników pana Tokitaki – dwóch samurajów pojawiających się jak niespodziewane cienie. Bo przecież jest obcym. Jest „nanbanjin”…
Cyril Pedrosa opowiada o Fernando niespiesznie. Bawiąc się jego zawiłą historią. Proponuje komiks łączycy w sobie kilka gatunków. Początek – gdy Fernando wchodzi na statek kapitana Simão Terceiry płynący na wschód – to istna opowieść marynistyczna, pokazująca mroczne strony bycia na pokładzie, zakończona wylądowaniem w morzu. Później – po tym, gdy woda wyrzuca go w Japonii - mamy obyczajówkę, w której sceny, kiedy Fernando uczy się życia na nowo, przeplatane są z migawkami z przeszłości. Z czasów, gdy wyrwał się z twardych reguł narzucanych dzieciakom przez portugalskich duchownych.
Ale komiks Pedrosy to tylko połowa albumu. Połowa opowiedziana z perspektywy europejskiej. Po drugiej stronie – na mangową modłę, czytania od prawej do lewej – mamy drugi komiks. To „Nanbanjin” wykreowany przez Taiyō Matsumoto. Japońskiego artystę, który pokazuje niby tę samą historię. Historię Fernando, ale z azjatyckiego punku widzenia. Z punktu widzenia mieszkańców krainy, do której trafił. Mówią więc o nim, że to „czerwony demon, wielki jak wieloryb”. Tak też jest pokazywany na planszach – jako czerwonowłosy wielkolud. Trochę jak Guliwer w krainie liliputów...
Druga odsłona uwypukla też inne wątki. Bardziej do przodu „wybity” zostaje Shōbei. Rozbudowane zostają japońskie wątki np. ten miłosny z Kumagiku czy potyczki z Toramaru. A wracając do gatunków. Po odwróceniu komiksu dodatkowo mamy jeszcze obraz historyczny, dotyczący XVI-wiecznej Japonii i reguł jakie nią rządziły. Nakładając na siebie dwie historie – Pedrosy i Matsumoto - z kolei dostajemy wspaniałą opowieść o przyjaźni, nadziei oraz łapaniu na nowo oddechu w trudnych chwilach. Oraz o wolności i prawie do wybierania własnej ścieżki, którą będziemy podążać.
Cyrila Pedrosy przedstawiać w Polsce już raczej nie trzeba. Dał się przecież nam poznać jako autor takich komiksów jak „Trzy cienie”, „Portugalia”, „Równonoce” czy „Złoty wiek”. Jego „Nanbanjin” to znów komiks imponujący. Rozmachem, w jakim został zrealizowany. Prowadzoną narracją. Warstwą graficzną – z malarskimi kadrami. Mrocznymi, ekspresyjnymi, gdy mamy plansze na morzu, w strugach deszczu i przy wysokich falach. I znacznie bardziej delikatnymi – pozbawionymi kreski konturowej - gdy jesteśmy w Japonii, gdy Pedrosa zaczyna pokazywać orientalne klimaty.
Inaczej jest po drugiej stronie. Plansze, za które odpowiada Taiyō Matsumoto przypominają orientalne grafiki, na których – z ciemnej tonacji – wyróżnia się jedynie kolor włosów Fernando. Są subtelne, malowane "pędzelkiem" (czasami przywołująca myśl też drzeworyty), pokazując postacie, miejsca i sceny – w tym niezwykle ekspresyjne sceny walki - czy niezwykle senne chwile, gdy przez plansze przewijają się koty oraz pies Kuro.
„Nanbanjin” Pedrosy nie byłby pełen bez „Nanbanjin” Matsumoto. I na odwrót. Dlatego nie można rozbijać tego wydawnictwa na dwa. Wydawnictwa, które równie dobrze co komiks, można odbierać jako fabularyzowany artbook pokazujący siłę twórców z Europy i Azji wzajemnie się inspirujących i przenikających. Jeden z kandydatów do komiksu roku 2026? Bez dwóch zdań.
|
|
autor recenzji:
Mamoń
11.09.2026, 21:51 |