Tu krew leje się na prawo i lewo. Dochodzi do scen łóżkowych. No i rodzą się z tego dzieci. Czasami też dzieci się gubią. I nie ma finału z hasłem, że dalej wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Tu „na końcu wszyscy umierają”.
„Na końcu wszyscy umierają” to tytuł komiksu, w którym na tapet wzięte zostają baśnie. Te doskonale znane – jak „Kopciuszek”, „Śpiąca królewna”, „Mała syrenka” czy „Czerwony kapturek”. I te mniej znane – jak Starucha obdarta ze skóry”, „Roszpunka” czy „O myszce, ptaszku i kiełbasce”.
Na część z nich patrzymy dziś przez pryzmat stylistyki nadawanej im przez Walta Disney’a. Inne znamy z książek. Wersje, w jakiej pokazuje je Lou Lubie będą zaskoczeniem. To baśnie odarte z lukru i pudru. To baśnie, w których tryska krew, leje się pot i ścieli się trup. Ale inaczej być nie może, skoro podtytuł komiksu to „Brudna prawda o bajkach dla dzieci”.
I ta brudna prawda w końcu wychodzi na jaw. Prawda, którą objawiali w XVII wieku Giambattista Basile, w XVII wieku Charles Perault i w XIX wieku Jacob i Wilhelm Grimm. To oni przez wieki zbierali baśnie, spisywali je, przerabiali i dobarwiali na swoją modłę i puszczali w świat. A później przyszedł pan Disney i stwierdził - tak nie można.
Ale Lou Lubie nie tylko żongluje motywami z Peraulta czy braci Grimm, pokazując esencję – tę brudną prawdę – np. z „Kopciuszka”. Bierze na warsztat tez baśniowe motywy. buduje na nich kolejne komiksowe rozdziały – jak „Formuła baśni magicznych”, Religia w baśniach”, „Mężczyźni i kobiety z baśni” czy „Pochodzenie baśni”.
Całość zaś to nowa, baśniowa narracja. Zbudowana na swoistej wiwisekcja baśni. Po rozłożeniu ich na kozetce psychoanalityka i ułożeniu na nowo. W wersji dalekiej od disnejowskich barw. Słowem - po lekturze „Na końcu wszyscy umierają” już nigdy nie uwierzycie w baśniową amerykańszczyznę.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.