„Posłuchaj, to naprawdę będzie banalnie proste. Musisz tylko za mną chodzić… i filmować, jak szukam najpyszniejszych dań, jakie można znaleźć w tym miejscu”. Taką właśnie propozycję dostaje Mo. Filmowiec w dołku. Zleceniodawcą jest Rubin Baksh.
Pierwsze skojarzenie? Zapowiada się komiksowy „Makłowicz w podróży”. Baksh też jest „delikatnie zaokrąglony”. I uwielbia gotować, by potem kosztować lokalnych specjałów. Jest tylko jedna różnica. Baksh nie jest miłym panem Robertem. Jest demonem, który potrawy przyrządza ze swoich ofiar. Bo smaki z komiksu „Rzadkie smaki” rzeczywiście są rzadkie. Choć oparte na tradycyjnych recepturach.
„Oczyszczone z nasion chili moczymy w ciepłej wodzie przez dwadzieścia minut i ucieramy na pastę z nasionami kolendry (3 łyżki), strąkami kardamonu (4), goździkami(4), cynamonem (1 laska) i gałką muszkatołową (1 łyżeczka mielonej). Jedną łyżkę pasty odkładamy na potem. Resztę mieszamy z imbirem i czosnkiem (1 łyżka stołowa pasty), 1/4 dahi i kurkumą w proszku (1/2 łyżeczki) i robimy marynatę.” Smakowite, prawda? A później „marynujemy w niej mięso od godziny do dwóch”… Przepisów w komiksie nie brakuje. Na masala czaj, na dziczyznę, na raan, na ryż po syczuańsku, na paal-payasam. Jak w solidnej, orientalnej książce kucharskiej, bo i po orientalnych miejscach przemieszczamy się wraz z Mo i Bakshem.
I ten orient w komiksie aż kipi. Smakiem, który wręcz „czuć” z plansz. Kolorem, który wylewa się z bazarów. Miejscami – jak pustynia, z której cudowne kadry dostajemy. Ale za tym wszystkim skrywa się mroczny horror. Gdzieś na pojedynczych kadrach pojawiają się trupy. A wraz z nimi łowcy – poszukiwacze zabójcy. Ale znów horror – „przegięcie” fabularnego wahadła w tę właśnie - stronę służy temu, by odbić się od dna. By od własnych rytuałów odbił się Baksh, ale też by odbił się Mo. Można rzec, że spotkanie demona z outsiderem wpływa na los i jednego, i drugiego. Wprowadzając ich na dobrą, kulinarną i filmową drogę…
„Rzadkie smaki” serwują nam Ram V (scenariusz) i Filipe Andrade (rysunki). Efektem ich współpracy jest mocno odjechana opowieść, osadzona jednak w konkretnym klimacie, konkretnych miejscach, wśród autentycznych przepisów i smaków. Coś dla lubiących szwendanie się po Azji i azjatyckich bazarach. I miłośników psychodelicznych odjazdów.
|
autor recenzji:
Mamoń
12.06.2026, 14:27 |