TIR-EM PRZEZ FRANCJĘ
To mogłyby być kolejne, zwykłe wakacje. Tym razem jednak Djo – trzynastolatek z belgijskiej mieściny – wsiada do szoferki potężnego TIR-a i rusza w podróż, której nie jest w stanie sobie wyobrazić.
Dla Andre kręcenie kółkiem ciężarówki to codzienność… Natomiast codziennością nie jest spędzanie czasu z synem. Dlatego Matylda postanawia, że w te wakacje ojciec spędzi z synem trochę dni. By – zamknięci na niewielkiej przestrzeni – spróbowali w końcu zbudować jakąś więź. Podczas podróży będą skazani na siebie. Siłą rzeczy będą siebie obserwować. Będą pytać, opowiadać, rozmawiać, kłócić się, Odsłaniać swoje dobre i złe strony.
Dla Djo będzie to okazja, by oderwać się od codzienności.I chłopak szybko zaczyna zachwycać się zwykłymi na pozór rzeczami – kolorem nieba, drzewami, krajobrazami, oceanem. Zaczyna prowadzić swoje zapiski, zbierać opowieści. Podróż to bowiem nie tylko chwile z ojcem, ale też inne miejsca - jak bazy załadunkowe, przydrożne knajpy, parkingi. A każde z takich miejsc to osoby. A każda osoba to kolejna historia, kolejna opowieść. Czasami nawet jakieś miłosne uniesienie, które zawraca Djo w głowie…
Życie w TIR-ze oznacza spotkania z kierowcami innych krążowników szos. Oznacza opowieści dobrych znajomych ojca z różnych zakątków Europy, z którymi od lat styka się na szlakach, jak też przypadkowymi kierowcami, którzy zaparkowali akurat na noc w tym samym miejscu. Oznacza złodziei, którzy próbują wyjąć towar (ojciec Djo na pace wozi np.mąkę, ale też lodówki czy wiaty ogrodowe) czy ściągnąć paliwo. Oznacza też parkingowych gejów oraz prostytutki czekające na klientów. Oznacza szalonych autostopowiczów, którzy rzucają wszystko i jadą na drugi koniec Europy, by zaczynać nowe, lepsze życie. Oznacza wreszcie też uchodźców, którzy – nie bacząc na ryzyko – decydują się na podróż w naczepach i szukanie spokoju, z dala od ogarniętych wojnami ojczyzn.
Wszystkie te nitki posplatała w fabułę Marzena Sowa (scenarzystka takich komiksów jak „Marzi”, „Moje miejsce” czy „Powstanie”). Djo funduje emocjonalny rollercoster, na który wsiadamy z nim, otwierając komiks. I wsiąkamy w historię, przypominając sobie pierwsze, dłuższe podróże. Relacje z ojcem. Zauroczenia. „Hej, Djo!” – bo o tym komiksie mowa – działa jak wehikuł czasu. Z tym plusem, że działa nie tylko sentymentalnie, ale i emocjonalnie.
Do rysunkowej współpracy przy komiksie zaproszony został tym razem Goeffrey Delinte. Twórca, który rysuje bardzo klarownie, czysto (takie swego rodzaju ligne claire), stosując stonowaną kolorystykę. Zostawiając jednocześnie przestrzeń, by poczuć i ogrom drogi, i dać miejsce na emocje, jakie buzują w bohaterach, a w szczególności w tym z tytułu.
„Hej, Djo! wydany został w egmontowej linii „Plansze Europy”. I to jedna z najciekawszych - w otatnim czasie - pozycji spod tego szyldu, który zdominowały takie serie jak „XIII”, „Armada” i kolejne komksy Leo.
|
|
autor recenzji:
Mamoń
11.10.2025, 23:37 |