SYN KRÓLA. ABSURDALNY MINIMALIZM
Czekaliście na kolejny komiks Stanislasa Moussé? Ja – przyznaję - czekałem. Dlatego album „Syn króla” cieszy. Graficznie to ten sam Moussé, który dał się polubić za „Długi żywot” oraz „Pełnię”. Fabularnie to też ten sam poziom absurdu.
A co, jeśli nagle pojawi się jajeczko? I co, jeśli okaże się, że zapomnianą (tak sobie dopowiadam, by dorobić dramaturgię) świątynię zamieszkuje jednooki stwór? I dociera do niego dzielny (tak sobie dopowiadam) rycerz na swoim koniku? A ten stwór nagle zrywa się z więzów i idzie w świat?
I ten stwór nagle pożre wszystkich (no prawie wszystkich)? Nawet króla? Czy królestwo czeka bezkrólewie? Czy też może znajdzie się śmiałek, który – może nie sam, może w grupie – stawi mu czoła? A może pomocne okaże się jajeczko? No bo przecież po coś Stanislas Moussé je wymyślił. Po coś wprowadził je do fabuły a później jeszcze narysował…
Absurdalne wszystko w „Synu króla” - bo taki tytuł nosi trzeci, wydany w Polsce komiks tego autora - jest. W sumie żadna nowość. Podobnie było i przy poprzednich publikacjach autora. Absurdalne wszystko jest także w rysunkach. Moussé dał się poznać jako szczegółowy minimalista. Dał się poznać jako zapełniający kreskami planszę koleś jednocześnie stawiając na minimalizm. Absurdalne? Ale prawdziwe.
„Syn króla”... Jeśli nie znacie jeszcze Stanislasa Moussé – spróbujcie. Za absurd pokochacie to, co tworzy. No i będziecie też chcieli więcej. Co wcale mnie nie zdziwi.
|
|
autor recenzji:
Mamoń
02.06.2025, 00:13 |