GWIAZDA PUSTYNI. POCZĄTEK
Nie tak dawno pisałem o „Gwieździe Pustyni” KLIK. Pisałem też, że ciąg dalszy tej historii nastąpił. Dziś więc o tym, czy warto było na ów suplement czekać.
Dokładniej ów ciąg dalszy to prequel komiksu, jakim zachwycili przed laty Stephen Desberg (komiks napisał) i Enrico Marini (komiks zilustrował). Za scenariusz nadal odpowiada Desberg. Ale Marini z pokładu „Gwiazdy Pustyni” wysiadł. I jest to – niestety – zła wiadomość. O tym za chwilę.
Na początek o fabule. Tu Desberg ma co dopowiadać. W „Gwieździe Pustyni” mieliśmy morderstwo żony i córki kolesia, który decyduje o przyszłości Dzikiego Zachodu. Morderstwo z pozostawionym na ofiarach tytułowym znakiem. W prequelu mamy więcej na temat Gwiazdy Pustyni właśnie. Dziewczyny. Autochtonki. Zbrukanej przez XIX-wiecznych kolonizatorów zachodniej części kontynentu amerykańskiego. Mamy pokazane stosunki między Indianami oraz tymi, którzy próbują zawładnąć ich kawałkiem ziemi. A także podejście decydentów. Jak Matt Montgomerry, którego już znamy. Chyba nie trzeba dodawać kto uważa się za lepszego i ważniejszego. I chyba już wiadomo, dlaczego w poprzedniej odsłonie komiksu mieliśmy zemstę. W tej zostaje on „podbity” motywem.
Niestety, prequel nie jest już dziełem Mariniego („Skorpion”, „Cygan”, „Noir”, „Drapieżcy”). Do zilustrowania tego, co było przed klasyczną „Gwiazdą Pustyni” zaproszony został Hugues Labiano (pojawił się u nas w zbiorkach „Indianie! Czarny cień białego człowieka”, „Rewolwerowcy z Dzikiego Zachodu” oraz „Go West, Young Man” ). Nie jest złym rysownikiem. Ale do Mariniego mu daleko… Zamiast ekspresji i nowoczesności, jaką zaskakuje Marini mamy klasyczne rozwiązania i „brudną” ograniczoną kolorystykę. Jest bardziej staroświecki (w sumie wcześniejszy jest też czas tej opowieści, więc może to dobry pomysł?). Bez fajerwerków, ale i bez wtop.
Dla tych, którzy muszą dostać łopatologicznie podane co było przed albumem Desberga i Mariniego.
|
|
autor recenzji:
Mamoń
28.04.2025, 22:20 |