SKORPION JUŻ BEZ MARINIEGO
Enrico Marini porzuca „Skorpiona”. Jak seria wypada po przejęciu rysowniczej schedy przez Luigiego Critone? Miłośnicy Mariniego będą zawiedzeni. Ale dla miłośników „Skorpiona” dobra wiadomość jest taka, że fabularnie to dalej cykl na solidnym poziomie. Scenariusze bowiem dalej pisze Stephen Desberg.
Marini pożegnał się z serią dwunastym rozdziałem, który kończył się tak, jakby miał to być koniec serii (zainteresowanym nie będę psuł przyjemności z lektury; kto zaś czytał, wie o czym mowa). Tymczasem Skorpion ma się dobrze, a jego perypetie wskakują na nowe tory. Lekturę zaczynamy w… Krakowie, zimą 1765 roku. Chwilę później jesteśmy już w przepięknym Stambule, a następnie przenosimy sie do spalonego słońcem Egiptu. Desberg bowiem nie zamierza oszczędzać Skorpiona. I nie zamierza odkładać go „na półkę” skoro ma możliwość pisania ciągu dalszego.
Ciagu dalszego, w którym ważną rolę znów odgrywa tak piękna jak i niebezpieczna Mejai. Kobieta, z którą Skorpion ma – jak się okazuje – córkę. I to wokół niej zaczyna kręcić się fabuła. Gdzie jest? Kto i co z nią zrobił? Na te pytania spróbuje odpowiedzieć Skorpion. Dywagacje te Desberg snuje w rozdziałach „Egipcjanin Tamose” oraz „Grobowiec sługi jedynego boga”. To one składają się na piąty, polski integral ze "Skorpionem”. Integral, który fabularnie daje to, co mieliśmy w poprzednich czterech. Słowem – intrygującą opowieść spod znaku płaszcza i szpady.
Czy kontynuacja „Skorpiona” bez Mariniego to słuszne rozwiązanie? Dopóki Desberg ma pomysł – a ma – tak. Jednocześnie wielka szkoda, że dalej tego nie rysuje Marini. Jego ekspresyjna a jednocześnie elegancja stylistyka w rysunku a także kolorystyka dodawały fabule lekkości, zwiewności. I choć Luigi Critone próbuje wchodzić w buty Mariniego, ma już nieco bardziej ciężką kreskę. Co sprawia, że nie jest to już seria na poziomie mistrzowskim, ale dobrego fachury, który robi po prostu swoje.
W przypadku „Skorpiona” ciąg dalszy nastąpi. A Marini? Też pewnie nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Do przypomnienia sobie ciągle mamy też jego serię „Drapieżcy”. Może w końcu i na nią przyjdzie czas?
|
|
autor recenzji:
Mamoń
01.04.2025, 23:45 |