„Cisza przed burzą” - trudno o lepszy tytuł dla tej odsłony „Żywych trupów”. Siódmy tom serii to moment na złapanie oddechu po jatce, z jaką mieliśmy do czynienia w poprzednim tomie i przed tym, co nieuniknione.
Robert Kirkman porządkuje trochę spraw. Przypomina romans Lori – żony Ricka – z Shanem w momencie, gdy los jej męża stał pod znakiem zapytania (patrz tom pierwszy). Teraz poznajemy owoc tego romansu. To dziewczynka – Judith. W końcu pojawia się na tym złym świecie. Między żywymi trupami mamy więc nieco „familiady”. Mamy odbieranie porodu przez nową w grupie – Alice. Mamy skręcanie łóżeczka i przygotowywanie ciuszków. Mamy zachwyt ze strony starszego brata. Cud, miód.
Ale mamy też kilka innych wątków. Kirkman dalej drąży kwestię depresji Carol (matki małej Sophie). Na drugim biegunie stawia wątek miłosny, w którym główne role grają Maggie i Glen (można śpiewać „Windą do nieba” ;) . Trupy odsuwa na dalszy plan. I – szczerze - to brakowało mi ich w większej dawce niż tylko dwa ukąszenia (jedno śmiertelne, jedno na pół gwizdka). Wiadomo też, że cisza nie będzie trwać wiecznie. Dobrze więc przeprowadzić remanent w magazynach i uzupełnić zapasy,
No bo w kolejnym tomie – „Stworzeni, by cierpieć” – znów powinno być ostro. Wszak na horyzoncie pojawia się gubernator Woodbury. Koniec sielanki. Zemsta musi być krwawa…
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.