W szóstym tomie „Żywych trupów” dostajemy najbardziej makabryczną - jak na razie – scenę w serii. Kiedy Michone rozprawia się z gubernatorem Woodbury zaczyna się prawdziwa, krwawa jatka.
W tomie „To bolesne życie” panowie domykają motyw wyprawy ekipy ocaleńców śladem rozbitego śmigłowca i wizyty w mrocznej mieścinie Woodbury. To w nim jesteśmy świadkami swoistej zemsty, jakiej dokonuje Michone. Sceny, gdy rozprawia się z szalonym gubernatorem to ostra jazda bez trzymanki. Kolejne tortury - z rozpiętą niczym na symbolicznym „krzyżu” ofiarą (choć ofiara w tym przypadku to dwuznaczne) – mogą poruszyć co bardziej radykalnych odbiorców. Nie powinno to jednak dziwić. Wszak seria, za którą stoją Robert Kirkman (scenariusz) i Charlie Adlar (rysunki) to solidny horror bez jakichkolwiek tematów tabu.
Poza tym chciałoby się powiedzieć, że cholery przecież nie zdychają. Dlatego też furtka w postaci gubernatora pozostaje otwarta na przyszłość. Na razie ekipa, która wraca do swego „domu” musi zmierzyć się z kolejną falą „kąsaczy” – czy jak kto woli „szwędaczy” lub „przyczajonych” – którzy wdarli się do środka. Pomaga im w tym Martinez – niby nowy nabytek, a tak naprawdę szpieg wśród nieszczęśników. Na horyzoncie pojawia się też doktor Alice, która – niczym anioł z nieba – zjawia się na chwilę przed narodzinami dziecka, które nosi żona Ricka.
Jest też w tomie kilka rozterek. Najważniejsze pytanie stawia mały Carl, syn RIcka. Nurtuje go, czy ojciec wciąż go kocha, a przyczynkiem do takiego postawienia sprawy są ciągłe „wypady” poza schronienie. Inne pada z ust samego Ricka. Zaczyna zastanawiać się, gdzie są granice człowieczeństwa. I czy on – jako glina – powinien zabijać, by bronić bliskich...
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.