WSZYSCY MARTWI. NIE WCHODZIĆ
Drugi tom „Żywych trupów” zaczyna się jakby miał to być prequel. To jednak tylko chwilowy przeskok w czasie. By dopełnić obraz tego, co zadziało się między Lori a Shanem, gdy okazało się, że Rick zapadł w śpiączkę i wylądował w szpitalu. A zadziało się. Poranne mdłości i brak okresu są następstwem. Szczególnie kłopotliwym, gdy Rick jednak wychodzi na prostą i odnajduje żonę (o tym czytaliśmy w pierwszym tomie serii). Wspomnienie tamtych dni pojawia się przy okazji sceny pogrzebu Shane’a…
Słowem – rozterki. Ale na nie Robert Kirkman (scenariusz) od początku wystawia swoich bohaterów. Wystawia na próbę małżeństwo. Wystawia na próbę też innych. Poszukujących kogoś, kto będzie obok, zrozumienia. W „Żywych trupach” zaczyna się budowanie związków. Pojawiają się próby normalizowania nienormalnej sytuacji. Próby znalezienia nowego miejsca do życia, np. na ekskluzywnym osiedlu czy na farmie Hershela Greya z zamkniętymi w stodole zombiakami. Kończą się jednak fiaskiem. W tej nienormalnej sytuacji – wystawianiaj na kolejne próby - doprowadzającej do skrajności (z przystawianiem lufy do głowy), inaczej być nie może. Nienormalnej, gdyż Kirkman przecież od początku obok grupki ocalałych ustawia grupki żywych trupów.
W pierwszym tomie trupów było więcej. Wychodziły „z szafy”, atakowały. Dawały się poznać z najgorszej strony. W tomie drugim serii jest ich nieco mniej. Czytelnik ma jednak świadomość, że to wcale nie sielanka, tylko walka o przetrwanie, na śmierć i życie.
Tom „Wiele mil za nami” zilustrował Charlie Adlard (wspiera go Cliff Rathburn). Porównując do tomu pierwszego - jest mroczniej. Pojawiają się nawet zabawy w cienie a’la Frank Miller – są dokładniej przedstawiane postacie. I tylko trupy się nie zmieniają.
CDN
|
|
autor recenzji:
Mamoń
22.09.2025, 22:59 |