EKSPERYMENT X. TRZYDZIEŚCI LAT PÓŹNIEJ
Miałem napisać, że to jeden z najlepszych komiksów, których bohaterem jest Wolverine. Po chwili namysłu zacznę jednak inaczej. „Broń X” to najlepszy komiks, którego bohaterem jest Wolverine. I jeden z najlepszych komiksów superbohaterskich w dziejach marvelowskiej stajni.
Ryzykowne? Ale prawdziwe. Choć od premiery materiału minął szmat czasu – oryginalnie komiks ukazywał się na łamach „Marvel Comics Presents” w roku 1988 – „Broń X” pozostaje w czubie, jeśli chodzi o marvelową superbohaterszczyznę. Barry Windsor-Smith wyniósł tą opowieścią komiksy o superhero na wyżyny. Nie popełnił napierdzielanki z kolejnym superłotrem. Nie napisał – a później nie narysował – przeciętnego akcyjniaka. Pokazał jak Logan – koleś, który miał zdolność szybkiego gojenia zadanych mu ran – stał się prawdziwą maszyną do zabijania. Stał się Wolverinem, który – przez kolejnych marvelowskich scenarzystów – znów został „spłaszczony”.
Barry Windsor-Smith zrobił bowiem komiks antysuperbohaterski i puścił go pod szyldem superbohaterszczyzny. Zrobił komiks zamknięty w laboratorium chorych naukowców. Podszyty zimną wojną (tajemniczy projekt ma stworzyć maszynę do zabijania…). Podszyty szaleństwem. Zrobił po prostu komiks science fiction. Z próbą podporządkowania sobie wyjętego ze swojego świata Logana. Eksperymentowaniem i wyrwaniem się tegoż eksperymentu z narzuconych ryz. Z wyrwaniem się poza projektowe założenia, gdy wychodzi, że tworzywo okazuje się być mądrzejsze od twórcy…
„Bron X” to komiks duszny, zamkniety w ciasnym laboratorium. Z szarpaną fabułą. I z jeszcze bardziej szarpanymi dialogami. Rozmowy naukowców - i tajemniczego kogoś „z zewnątrz” (co tylko podkreśla rangę projektu) – rwą się, są zapisem emocji, jakie panują w laboratorium. Początkowa euforia – że oto się udało, oto mamy nową broń – szybko zamienia się w przerażenie, że oto ta nowa broń jednak myśli, czuje i ma własny pomysł na siebie po zaserwowanych przejściach. Ma pomysł na pozostanie człowiekiem, mimo zaserwowanego mu zezwierzęcenia.
Komiks Windsor-Smitha i dziś jest komiksem wyjątkowym. Można więc tylko wyobrażać sobie, jak musiał być odebrany w roku 1988, kiedy dostali go amerykańscy czytelnicy superbohaterszczyzny. My, w Polsce, mieliśmy okazję przeczytać „Broń X” po raz pierwszy już w roku… 1995! Materiał ten – choć nieco pocięty – pojawił się w piątym numerze wydawanego przez TM-Semic kwartalnika „Mega Marvel”. I – pamiętam doskonale, zresztą na półce mam ten numer – publikacja ta była szokiem. Kilka lat temu „Broń X” wyszła w jednej z marvelowskich kolekcji kioskowych zaś parę miesięcy temu, w formie ekskluzywnego wydawnictwa dla komiksowych snobów.
Obecne wydanie – dobrze, że Egmont zrezygnował z wydania na kredzie; offset pozwala nam cofnąć się do końca lat 80. XX wieku - powinno w końcu trafić „pod strzechy”. „Broń X” zasługuje na to.
|
|
autor recenzji:
Mamoń
25.05.2025, 23:59 |